coś...

"coś" robię, ale niewiele...
na zdjęciach kilka przykładowych ostatnich robótek i śpiewniki, które zrobiłam na kolędowanie.

Kończę powoli sweterek serwetkowy, mam też kilka pomysłów na kolejne prace, bo właśnie zapisałam się na wymianę na forum u Maranty



***********

Dzięki za komentarze pod poprzednim postem.
Nie odstawiam Wojtka od piersi, bo ma dopiero niecałe 7-mcy. Planuję to zrobić dopiero za jakieś 2-3 miesiące. Co do przyzwyczajania do dłuższych przerw na sen - to mój starszy syn zaczął przesypiać całe noce, jak miał 7-8 miesięcy. Teraz owszem zdarza mu się, że się obudzi w nocy i płacze, jak się czegoś boi, ale szybko zasypia. Chciałabym, żeby tak było z Wojtkiem. 
Ostatnie noce pokazują, że mamy nową tendencję, czyli karmienie o 23.00 i ok. 4:00, więc zaczynam spać nocami. Póki co dam dziecku trochę spokoju, a za parę tygodni zacznę karmienie z 23:00 opóźniać.





Wieści z pola walki...

...bo ostatnio każda noc przypomina pole walki. Ćwiczenia z zasypianiem Wojtka przynoszą sukcesy, ale nadal nie śpię. Udaje się go przetrzymać mniej więcej 5,5 - do 7,5 godziny bez karmienia. Niestety nadal budzi się co 3 godziny ( to i tak lepiej niż co 1,5). Najgorzej jest między 2.00 a 5.00 ostatniej nocy cały ten czas przepłakał.
Nie biorę go z łóżeczka, chyba że na chwilkę żeby się uspokoił i wiedział, że jestem przy nim, ale zasypiać musi sam i to w swoim łóżeczku. Póki co udaje się, że między 20:00 a 23:00 śpi spokojnie.
Ząbków mamy już 5, prawdopodobnie za parę dni będzie i szósty.
Mam nadzieję, że to przetrwam i za kilka tygodni będę wreszcie spać. 
Dieta bogata w magnez bardzo pomaga.
A robótkowo- powstaje sweterek serwetkowy, mam nadzieję, że niebawem będzie gotowy.
Tyle w telegraficznym skrócie.





Warto przeczytać

Yadis na swoim blogu napisała coś, co dla każdej osoby zainteresowanej rękodziełem powinno być ważne. Nie tylko dla sprzedających, ale także dla kupujących.
Dlatego właśnie swoje prace wykonuję dla własnej przyjemności...

Po niedzieli będzie nieco bardziej robótkowo.
Pozdrawiam

...

Dziś nieco więcej optymizmu. Trochę ponarzekałam ostatnio, ale kilka rzeczy się zmieniło...przy maluchach wszystko szybko się zmienia.
Wojtek kilka dni temu zaczął samodzielnie siedzieć! To oznacza, że mogę go na chwilę posadzić, żeby się sam bawił, oczywiście w zabawach "na siedząco" chętnie towarzyszy mu Staś, podaje mu zabawki- co powoduje, że mam ich chwilami "z głowy". ;o)
Poza tym Wojtek ma już dwa zęby, więc przez kilka dni będzie spokojny...do czasu wyrzynania się kolejnych.
Mamy jeszcze kolejne sukcesy: zaczął pić z butelki, o czym nie było do tej pory mowy. Nawet jak odciągnęłam pokarm, to się go nie chwycił z butelki, podobnie jak smoczków nie toleruje. Ostatnio jednak wypił mleko z butelki (postanowiłam pomęczyć się trochę z odciąganiem pokarmu, żeby go przyzwyczaić do butelki lub kubka). Możę będę mogła wyjść z domu  wieczorem na dłużej ;o)
A mam plan! Po pierwsze chętnie wybrałabym się na spotkania dla rodziców w poradni psychologiczno-pedagogicznej. W ubiegłym roku chodziłam tam do "Szkoły dla rodziców", to były warsztaty prowadzone w oparciu o książkę "Jak mówić, żeby dzieci na słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły". Warsztaty świetne, chętnie zapiszę się na drugą część pt.: "Rodzeństwo bez rywalizacji". Może jeszcze nie mam problemów wychowawczych, ale ich nie uniknę. Poza tym można tam poznać też fajnych ludzi. Grupa ze szkoły dla rodziców była rewelacyjna.
Jeśli ktoś tu zagląda to pozdrawiam!

Poza spotkaniami dla rodziców chętnie zapiszę się na aerobik, ale to na wiosnę...jak już Wojtek się ode mnie odessie.

Postanowiłam napisać do kilku dzieciatych i nie pracujących obecnie zawodowo koleżanek i umówić się na spotkanie z dziećmi ;o)
Wiosną i latem jest łatwiej, bo się można spotkać na placu zabaw bez umawiania...zimą, kiedy więcej bawimy się koło domu (miejsca sporo), nie widujemy prawie nikogo.

Wracając do Wojtka i jego spania to też coś drgnęło...co prawda jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale zawsze coś.
Okazało się też,  że dla niego jeden stały posiłek w ciągu dnia to mało. Daję mu obiadek w południe, a od dwóch dni kaszkę wieczorem...dzięki czemu karmię go tylko raz między 23 a 7 rano...(do tej pory jadł co 2 godziny w nocy).

Mąż postanowił zrobić sobie kilka dni urlopu, co prawda w tym czasie musi jeździć ze swoim Tatą do lekarzy, ale dla nas też będzie miał więcej czasu. Mam nawet obiecany długo wyczekiwany dzień dla siebie ;o)

Babcię moje dzieci mają jedną, młodą jeszcze i pracującą, a mimo to pomaga nam jak tylko ma czas.
Poza tym w każdą niemal sobotę Stasio wędruje do Babci na noc - cały tydzień czeka na sobotę ;o)

No i jeszcze z pola robótkowego - kilka rzeczy robię, bo umówiłam się na wymiankę.
Kupiłam sobie też włóczkę o taką teraz szukam fajnego wzoru na sweterek.

 Tyle na dziś. Pewnie trochę chaotycznie napisałam tego posta, ale jednocześnie piszę i gotuję obiad ;o)

Dziękuję raz jeszcze za wsparcie
i nadal zapraszam na herbatkę jeśli będziecie w okolicy!


Dziękuję.

Dziewczyny dziękuję Wam za komentarze pod poprzednim postem.
Dzięki za wsparcie. 
Jak się nad tym zastanowić, to faktycznie jeszcze nie jest najgorzej, bo dzieci mam zdrowe.
No i póki co pomimo, że nie dają spać w nocy, to nie muszę się martwić gdzie są i kiedy wrócą.
Bunt trzylatka, chyba mam już za sobą...oby...
a ząbkowanie kiedyś musi się skończyć....
Jednym słowem oby do wiosny...

 ***************

Plan minimum chyba się nie sprawdzi, lubię odpoczywać w posprzątanym mieszkaniu pijąc herbatkę z mojej ulubionej filiżanki...samo się niestety nie posprząta...
Gotować też muszę, bo Staś musi jeść zróżnicowane posiłki, no Wojtek też powoli zaczyna jeść coś innego niż mleko.
Chętnie skorzystam z rady Lucynki, żeby gdzieś wychodzić z domu, jak mąż wróci.
Spotkanie z inną mamą malucha, to  też dobry pomysł.
Przypomniałam sobie, że moja mama, która była w domu z naszą trójką, wieczorami chodziła do sąsiadki (też mamy maluchów) na herbatkę. Fajnie by było mieć taką sąsiadkę...
 
***************

Staś potrafi się sam bawić...choć ostatnio to chyba nie jest sam w swoich zabawach. 
Jak Wam pisałam Staś bawi się w "odprawianie", a ponieważ ja się nie nadaję do tej zabawy wymyślił sobie, że przychodzi do niego ksiądz. Ma wyobraźnię! 
Wczoraj pyta mnie, kiedy przyjdzie do nas ksiądz, jak usłyszał, że za dwa tygodnie, to się biedak zapytał:
"to jak ja wytrzymam tyle czasu?"

Pasja kolejowa też się rozwija, ostatnio synuś mnie zaskoczył, bo sam zbudował sobie tory kolejowe w dodatku poprowadził je częściowo pod stołem - żeby był tunel...

********

Dzięki jeszcze raz Dziewczyny!
A jeśli któraś z Was mieszka w okolicach Wieliczki, to zapraszam na herbatę - nie będę marudzić!

P.S. Dziś w nocy Wojtek przespał 5 godzin bez pobudki - pierwszy raz od kilku miesięcy (bo kiedyś mu się to zdarzało).





...

Robótek dzisiaj nie będzie....

Ostatnio jestem przemęczona. Pewnie wynika to z tego, że od narodzin Wojtka nie udało mi się przespać nocy bez kilku pobudek. Może z tego, że nie zanosi się na zmianę tej sytuacji. Może też wynika z tego, że każdy dzień podobny jest do poprzedniego. Może też dlatego, że Wojtek ząbkuje i nie mam już swoich "wolnych wieczorów"?. Może jeszcze z kilku innych powodów.
Nie mogłam się zebrać, żeby napisać choćby życzenia świąteczne. 
Muszę trochę odpocząć, choć zupełnie nie wiem jak. 
Muszę odpocząć, bo marudzę i pewnie ciężko ze mną wytrzymać.
Macie jakiś pomysł, jak odpocząć przy półrocznym niemowlaku i trzylatku, tak żeby nie prosić nikogo o pomoc przy dzieciach?
Nie prosić, bo w zasadzie nie ma kogo, wszyscy którzy by chcieli nie mogą...bo pracują...

Wiem, że nie jestem pierwszą mamą, która jest przemęczona, może któraś z Was Drogie Koleżanki podpowie, jak sobie radziła na wychowawczym, żeby nie zwariować, kiedy nie miała czasu, ani sił na jakiekolwiek twórcze działanie?
 




Będzie o Stasiu...

Dziś będzie trochę o Stasiu. O Stasiu, bo Staś jest bardzo interesujący - pewnie jak każdy trzylatek.
Ale do rzeczy. Staś ma dwie pasje. Pierwszą z nich jest kolej. Wszystko co jest związane z pociągami jest ciekawe. A z pociągami związane jest wszystko, bo przecież - jak wiadomo- istnieją pociągi widelcowe, kredkowe, skarpetkowe, bułeczkowe, karteczkowe, ręcznikowe itd. Tory też są wszędzie, więc w zasadzie nie wiadomo gdzie nogę postawić, żeby nie zostać otrąbionym przez pociąg. Szlabaniki też są wszędzie - co wynika z tego, że przecież coś musi zabezpieczać liczne przejazdy kolejowe. I tak to sobie mieszkam na wielkiej stacji kolejowej...
Ale to nie koniec, bo jest jeszcze druga pasja Stasia. Staś jest też "kościółkowy" i kilka razy dziennie odprawia różne nabożeństwa. Stąd też poznikało mi kilka rzeczy: serwetki, które służą jako welony oraz metr krawiecki i kilka szali - czyli szaty. Ze względu na swoją druga pasję Staś ubiera tylko zielone bluzeczki ( bo niestety nie zakodował, że ksiądz czasem odprawia w innym kolorze), zatem wszystkie inne ubranka leżą w szafie i czekają na Wojtusia. A ja od rana słucham śpiewów Stasia, a trzeba przyznać, że słuch muzyczny ma, więc słucha się przyjemnie...
No może z jednym wyjątkiem, o którym Wam opowiem. Otóż wczoraj bardzo źle się czułam (ostatnio Wojtek nie daje spać), więc jak Tomek wrócił z pracy położyłam się spać. Zasnąć mi się nie udało, ale za to mogłam posłuchać, jak mój synuś najpierw wszedł do pokoju, żeby zobaczyć, czy u mamusi wszystko w porządku a później zaczął pięknie, melodyjnie i bardzo głośno śpiewać: "Wieczny odpoczynek...".
Tak mu się skojarzyło, skoro tatuś mu powiedział, żeby mamusi nie przeszkadzał bo odpoczywa...

Nie ma to jak trzylatek z pasją!

P.S. Drzwi naprawione, przy okazji udało się załatwić naprawę kilku innych rzeczy...o resztę nadal marudzę ;o)

a żeby nie było tak całkiem bez robótki mały deserek

bransoletka z resztek dżinsu i koronki :o)



Bądź bohaterem w "swoim" domu - czyli świat zdobywają szaleńcy!

Tym razem to nie hasło reklamowe, ale krótkie podsumowanie dzisiejszej akcji. 
Ale od początku.
Dzisiejszy dzień zapowiadał się jako ciężki, bo miałam od świtu do późnego wieczora być sama z dziećmi i piecem (który wymaga tylko nieco mniej uwagi).
No i zaczęło się rano. "Histeria śniadaniowa", czyli tego nie będę jadł, tamtego nie...i wrzask. 
Poprowadziłam mojego synka do jego pokoju (zwykle tak robię, jak ma się złościć, to proszę bardzo, ale ja tego słuchać nie zamierzam), zamknęłam drzwi...i wtedy wypadła klamka. Szczęśliwie od zewnątrz pokój dało się otworzyć. Po kilku minutach synuś zawołał :"mamusiu uspokoiłem się, chce się przytulić", poszłam i go otworzyłam. Oczywiście o wypadającej klamce zapomniałam.
Później było sporo atrakcji, więc nie myśleliśmy o klamce. Wreszcie zadzwonił mój Tata, że weźmie Stasia na weekend do nich. Spakowaliśmy rzeczy i czekamy na Dziadzia.
Dochodzi godzina 17:00 szykuję Stasia do wyjścia, więc wchodzę do jego pokoju po ubranko, Staś wchodzi za mną i....
zamyka drzwi...
I co teraz?
Klamka wypadła, od wewnątrz nie da się pokoju otworzyć.
Nie mam telefonu, żeby zadzwonić do Taty, że jesteśmy zamknięci i nie możemy wyjść.
Nie mam narzędzi - bo kto by trzymał skrzynkę z narzędziami w pokoju dziecka, nie mam możliwości zawołać kogoś przez okno, żeby przyszedł nas otworzyć...ani nawet kluczy od domu w tym pokoju nie mam, więc po co kogoś wołać?
Wojtek sam w pokoju obok, płacze bo nas nie widzi, a wytłumaczyć mu się nic nie da, bo ma przecież 5 miesięcy...
i co byście zrobili?

Ja, niewiele się zastanawiając, własną ręką wybiłam szybę w drzwiach. 
Szczęście, że się nie pokaleczyłam, ale dzieci bohatersko ocaliłam.
"Szaleńcy zdobywają świat" - jak mówi mój mąż, który w życiu nie próbowałby wybijać szyby ręką...
( "w razie potrzeby szybę zbić młotkiem"- ale co  zrobić, jak się ma do dyspozycji jedynie młotek gumowy?)
Za to po niedzieli czeka mnie szukanie szklarza, który szybę w drzwiach zechce wprawić, no i ową klamkę nieszczęsną wymienić muszę, albo naprawić.
Już wiem, że to na mojej głowie zostaje, bo po niedzieli zaś od świtu do nocy sama z dzieciakami zostaję...


Polskie prezenty na Święta - apel!

Popieram apel Pani Doroty Wróblewskiej  "Polskie prezenty na Święta".  Akcja rozpoczęta na facebook'u, tutaj przytaczam zamieszczony przez Panią Dorotę tekst:
"Zdecydujmy się na kupno prezentów Bożonarodzeniowych od drobnych przedsiębiorców, ze sklepu z rękodziełem, od sąsiada, który robi wszystko, aby utrzymać swój sklepik, od przyjaciółki, która wytwarza niepowtarzalne rzeczy, od tego, który oparł się globalizacji w naszych okolicach... Zróbmy tak, aby nasze pieniądze dotarły do zwykłych ludzi, którzy ich potrzebują, nie do firm międzynarodowych i wielkich przedsiębiorców, którzy płacą zbyt mało swoim pracownikom i przemieszczają firmy w inny koniec świata... robiąc tak więcej osób będzie mogło przeżyć szczęśliwe Boże Narodzenie (...)"

Ja mam w planach większość prezentów dla rodziny wykonać własnoręcznie - więc będą jak najbardziej polskie ;o)

****************************************************************


jesiennie

U mnie ostatnio bardzo jesiennie. Nie tylko dlatego, że liście lecą z drzew i w piecu palić już trzeba. Jesienny nastrój mnie dopadł. Częściej jestem zmęczona i jakoś tak mi smutno. Ciężko chwilę dla siebie znaleźć.  I trudno czasem wytrzymać do wieczora. Dzieci wyczuwają mój nastrój i też marudzą...a żeby tak ktoś choć na herbatkę zaglądnął...
Nic to, chyba trzeba do wiosny jakoś przetrwać...

Prac trochę powstało i powstaje tylko zdjęć nie ma kiedy obrobić i wkleić...

Jeśli ktoś ma podobny humor listopadowy to zapraszam tutaj
można się zapisać po moją niespodziankę...
wkrótce pierwsza odsłona ;o)

O tym jak jesień inspiruje Stasia

Zanim przejdę do Stasiowych inspiracji, trochę z innej beczki. Nadal ćwiczę. Fakt, że drugiego dnia było ciężko, bo po długim czasie lenistwa miałam zakwasy. Dziś już ich nie czuję, więc ćwiczyło się nieźle. Mam nadzieję, że nie braknie mi zapału.

Dziś Staś zdecydował, że nie idzie do przedszkola, więc poszliśmy w południe do parku pozbierać nieco kolorowych liści, żeby coś z nimi zrobić.
Liści zebraliśmy kilka, kupiliśmy farbki plakatowe i blok rysunkowy.
Co się później działo, pokażą zdjęcia. Mogę tylko powiedzieć, że przy nas jesieni brakuje wyobraźni.
Zapraszam do obejrzenia zdjęć
 jesienne liście w nowej szacie


 a tu jarzynkowy stworek zrobiony przez Stasia w przedszkolu
nasz wspólny malowany palcami pełen energii jesienny obraz ;o)

 Mistrz przy pracy ;o)







 skupienie





*******

Na deser nieco robótkowo. Wczoraj skończyłam mini szal dla mamy. Miałam niestety tylko dwa motki włóczki, więc wyszedł krótki, ale da się go owinąć wokół szyi, nadaje się też jako narzutka.
Do szala powstaje filcowa broszka.




i na koniec to, nad czym ostatnio siedzę....
mąż kupił mi maszynę do szycia, więc studiuję różne inspirujące książki i próbuję do szycia przenieść również inne techniki - tutaj widać słoneczniki czyli decu na tkaninie.



Postanowienie!

Wczoraj minęły 3 miesiące od narodzin Wojtka. Co prawda wróciłam do wagi sprzed ciąży, ale niestety z kondycją nie jest dobrze. Brzuch też mógłby być płaski...a nie jest jeszcze. Więc postanowiłam rozpocząć ćwiczenia. Rodzaj ćwiczeń podsunęła mi koleżanka, a zobaczyć można je tutaj. Zatem od dziś biorę się za aerobiczną 6 Weidera. Pierwszy dzień ćwiczeń mam za sobą. Dziś nie było jakoś ciężko, ale wiem że najtrudniejsze przede mną - czyli wytrwanie w postanowieniu. 
Jeśli się uda, wezmę się za kolejne ćwiczenia.
Oczywiście to nie jest w ramach odchudzania, bo uważam że nie muszę (choć ostatnio zasugerowano mi w jednym sklepie, że powinnam zeszczupleć, bo nie mają na mnie spodni).
Chodzi mi o zgrabniejszą sylwetkę dla lepszego samopoczucia i o ćwiczenie silnej woli, która jest tu niezbędna.
Mam nadzieję, że za 7 tygodni pochwalę się Wam tym iż z sukcesem zakończyłam serię ćwiczeń.

Tyle na dziś. Zaraz muszę pędzić pozałatwiać swoje sprawy zanim odbiorę Stasia z przedszkola.


Rozmowy z trzylatkiem...


Ostatnio dochodzę do wniosku, że mój starszy syn – Staś (lat prawie 3) nadaje się na rzecznika prasowego rządu, albo PKP. Rozmawiając z nim ma się ważenie, że dowiedziało się wszystkiego co było przedmiotem zainteresowania. Po chwili jednak pojawiają się wątpliwości, ale jest już za późno na wyjaśnianie, bo Staś już zajmuje się czymś bardzo ważnym. Najczęściej budowaniem torów kolejowych, naprawianiem pociągów, albo „szlabaniczków” (może  kiedyś to on zrobi porządek z koleją – kto wie?).
Ale wracam do tematu ciekawych i wyczerpujących rozmówi ze Stasiem. Dzisiaj po powrocie do domu pytam:
-Jak było w przedszkolu?
-Fajnie
-Była pani Kasia?- Staś lubi panią Kasię.
-Inna pani była.
-A jak miała na imię?
-Inna. –ciekawe imię…- A kiedy będzie pani Kasia?
-Stasiu, nie wiem, ale to ty byłeś w przedszkolu i mogłeś zapytać.
-Pytałeś –moje dziecko mówiąc o sobie używa czasowników w drugiej osobie
-No i?
-Była jutro.
-To znaczy była wczoraj, czy będzie jutro? – zadaję złożone pytanie w naiwności, że moje dziecko odpowie…i odpowiada, krótko i treściwie.
-Tak.
Odpowiedź na moje pytanie poznam jutro zawożąc małego do przedszkola. ;o)
Miło jest rozmawiać z trzylatkiem ;o)

Poza rozmowami z synkiem u mnie niewiele, tyle że przerobiłam sobie kolejną tunikę.
Pokażę zdjęcia, jak tylko będę miała lepszy transfer…więc cierpliwości.


5 lat minęło....

Dzisiaj mija 5 rocznica naszego ślubu.
Świętowanie planujemy jak dzieci pójdą spać, o ile sami nie padniemy ;o)
Robię skromną kolację (faszerowane patisony z sosem pomidorowym, tiramisu i owoce)
W tym roku rocznica mocno naznaczona zmęczeniem. Staś i Wojtuś mają katar, poza tym przygotowujemy się do niedzielnej uroczystości - Chrztu Wojtusia.



Dla Was kilka zdjęć sprzed 5 lat ;o)
Zdjęcia robione przez mojego kuzyna Krzycha w ogrodzie naszej babci ;o)

Pozdrawiam ;o)

Zaczęło się...

Ponieważ Staś nie ma kuzynów, ani dzieci w sąsiedztwie, z którymi mógłby się bawić, zapisaliśmy go do "przedszkola". Przedszkole jest raczej "punktem opieki dziennej" lub czymś podobnym. Dzieci przychodzą tam do południa. Staś pięknie sobie poradził z pierwszym dniem, ani się nawet nie obejrzał i poszedł do dzieci. Mogliśmy stać i mu machać, a jego to nie interesowało. Jak po niego wróciłam to był uśmiechnięty i zajęty zabawą. Aż mi się głupio zrobiło, że przepłakałam niedzielny wieczór, że dziecku krzywdę robię, że jest jeszcze malutki, że za dużo stresów, bo dopiero co przenieśliśmy go do nowego pokoju...itd.
Dziecię moje pochodziło dwa dni do przedszkola i teraz leczymy katar gigant! Oby się młody nie zaraził, bo mieliśmy w planach szczepienie w przyszłym tygodniu. Izolowanie chłopaków idzie kiepsko, bo Staś przybiega się przytulać do mnie wtedy, kiedy karmię Wojtusia ;o/ liczę na to, że karmiony naturalnym pokarmem jest odporniejszy.

Na robótkowym polu zastój. Robię szal dla mamy, właściwie to dopiero zaczynam kolejny raz, po tym jak Staś zdjął mi robótkę z drutów. Teraz wzięłam się za szydełko....może się uda (do 15 października jeszcze czas). Czasu na robótki teraz mniej, bo jeszcze sprzątam po malowaniu pokoju Stasiowego i przygotowuję mieszkanie na przyjęcie gości w najbliższą niedzielę, bo mamy Chrzest Wojtusia.

Dziś dość ciężki dzień. Chłopaki od rana marudzą solo albo w duecie. 

Teraz szczęśliwie obaj zasnęli...chwilo trwaj!



Zmęczona jestem ostatnio bardzo. Ciężko mi wszystko ogarnąć i dołek jakiś mnie dopadł. Poszłam więc do fryzjera, ścięłam włosy na krótko (bardzo krótko), bo nowa fryzura ponoć nastrój poprawić może...i tak było przez parę minut...bo wracając od fryzjera rąbnęłam autem w murek przy bramie wjazdowej. Brama cała, ale auto ma kolejne wgniecenie. Szczęśliwie mąż przyznał się, że on swoje pierwsze zarysowanie, a nawet stłuczkę zaliczył dwa miesiące po otrzymaniu prawa jazdy, więc żebym się nie martwiła. A co z moim nastrojem? Cóż, robi się coraz bardziej jesienny...ale przecież od urodzenia Wojtusia czekam z utęsknieniem jesieni i zimy...



Jakoś leci...

Bywa ciężko. Pogoda nam nie sprzyja, bo albo upały i wyjść się nie da z maluchami do popołudnia, albo burze, albo deszcze i wiatr...
Dziś się udało wyjść na spacer z parasolem. Wojtuś w chuście, a Stasio w kurteczce z kapturem zbierał ślimaki i wyrzucał je na trawę. 
Poza tym bywa ciężko, bo Staś wymaga uwagi, a Wojtuś...cóż on cały czas je...i rośnie.

Robótkowo walczę...jakoś tak jest, że udaje mi się znaleźć czas na szydełko przy karmieniu Wojtusia. Może nie jest to specjalnie wygodne, ale za to Staś nie protestuje.

Znowu dziś krótko, bo czasu niewiele.
Za to będą zdjęcia. Na początek Wojtuś i Stasio:



 A na deser kilka niedokończonych robótek - jak widać jest potrzeba, żeby walczyć o wolny czas na robótki 


 tunika - prezent dla pewnej 8-latki

 sweterek Wojtusia


I "coś" - jeszcze nie wiem co z tego będzie...może kamizelka, a może sweterek...

Wszystkim dziękuję za odwiedziny i miłe słowa ;o)

Będę marudzić - ostrzegam!

Będę trochę marudzić, więc jeśli ktoś nie ma ochoty tego czytać, radzę darować sobie ten post. 
37 tydzień ciąży, pogoda sprzyja zmęczeniu. 
Niestety ostatnio nie mogę sobie na to pozwolić. Ani nawet na to, żeby się zrelaksować.
Powodów jest kilka:
1. Gniazdo os i gniazdo szerszeni koło domu nie pozwalają na spokojny odpoczynek. Jestem uczulona, więc tych owadów unikam jak mogę. Stasia wożę na plac zabaw, albo do ogrodu babci...o ile czuję się na tyle dobrze. Wczoraj było mi tak słabo i duszno, że wolałam nie wsiadać za kierownicę...musieliśmy spędzić popołudnie w domu...co było bardzo trudne do wyjaśnienia Stasiowi.
2. Mój mąż wraca coraz później z pracy, jakoś ostatnio nie zdarza mu się wrócić o taj godzinie o której mówił, że będzie...więc jestem cały dzień sama ze Stasiem. Nie chcę nadużywać czyjejś gotowości do pomocy, bo wiem, że za parę dni może się okazać to bardziej konieczne.
3. Ciągle nie mam pozałatwianych spraw, które powinny być załatwione przed urodzeniem małego...tyle, że jak się pytam o drogę, bo Nowej Huty (choć tam uczyłam się jeździć) kompletnie nie znam, a właśnie tam powinnam się udać, to słyszę "we wtorek...środę...czwartek...itd Ci to załatwię" i tak od trzech miesięcy prawie...
4. Denerwuje mnie cieknący wąż od pralki, wiszące na jednym zawiasie drzwiczki od szafki...i parę innych rzeczy, których jeszcze sama naprawić nie umiem...

Więc tak sobie ostatnio żyję. 
Lekko nie jest. Za to nie nudzę się wcale.
Tyle, że to ani miłe ani pożyteczne nie jest.
Robótki leżą odłogiem...i pewnie tak już zostanie...

A co najtrudniejsze do przełknięcia to fakt, że lepiej nie będzie. Jak się młody urodzi, to będę sama ze Stasiem i Wojtusiem...i cieknącym wężem, wiszącymi drzwiczkami...itd...

Kończę, bo mi Was szkoda, o ile ktoś dotrwał do końca tekstu...ciężko było.
 Na szczęście Stasio już śpi. Nawet sam zawołał, że chce się umyć i iść spać, więc teraz siedzę sobie zupełnie sama w pokoju, w którym nic nie wisi i nie cieknie i popijam sobie koktajl truskawkowy.
Szerszenie są za oknem, osy też...w domu cisza i spokój...tylko sił brak, żeby jeszcze posprzątać...ale jak to mówią niektórzy "dom jest do mieszkania, a nie do sprzątania"...
jeszcze nie ma pajęczyn, pleśni, ani się nie potykam co krok - więc chyba może tak zostać póki co...

...

U mnie mały zastój. Sił i czasu zaczyna brakować. Sweterek z pawimi oczkami powoli się rozwija. Powoli, bo ze względu na dość częste burze spędzam popołudnia na tuleniu Stasia. To też fajna sprawa, zwłaszcza że Staś przytula się do brzucha, a później puka do dzidziusia i woła "To ja starszy braciszek" ;o) 
Ciekawe jak zareaguje na narodziny braciszka? Macie może jakieś ciekawe doświadczenia jeśli chodzi o reakcje Waszych dzieci na młodsze rodzeństwo?
Ja pamiętam swoją reakcję na przyjazd mamy z moim młodszym bratem. Byłam mniej więcej w wieku Stasia i jak zobaczyłam, że mama karmi malucha to się wystraszyłam i pobiegłam do babci wołając "Babuniu, babuniu, dzidziuś mamusię zjada!" Zapamiętałam to pewnie dlatego, że tak bardzo się wystraszyłam. Stasiowi, choć to dla niego wszystko abstrakcja powiedziałam, że dzidziuś będzie pił mleczko od mamusi...teraz pokazuje "tu jest dzidziuś, a tu mleczko"...ciekawe ile taki malec rozumie...ale ostatnio z zaciekawieniem zagląda do wózeczków z niemowlaczkami...i już się nie złości jak prasuję ubranka dla maluszka.
Boję się też, żeby Staś nie był bardzo zazdrosny. Moja siostra przez całe dzieciństwo była...a nawet do teraz jest zazdrosna o mnie...
Myślałam o prezencie od maluszka dla Stasia...może to by pomogło...
Wszystkiego się nie zaplanuje, nie da się przewidzieć...ważne, że Staś lubi nocować u babci...więc z tym nie będzie problemu, jak trzeba będzie jechać...
Ależ się rozpisałam...a miałam wziąć się za prasowanie korzystając z tego, że chłopaki pojechali po zakupy i na plac zabaw....
więc zmykam do żelazka!

 


Jak potłuczona...

No tak się dziś czuję, więc będę troszkę marudzić.
Nie wiem, jak to się stało, co mi się stało...ale cóż...spadłam ze schodów. 
Wychodziliśmy z domu, miałam zamknąć mieszkanie i iść do samochodu.
Tyle, że mój obcas (niewielki, raczej "kaczuszka") utknął w kratce i poleciałam.
Na szczęście tylko potłukłam nogi. Spuchły i są krwiaki, a później będą tęczowe sińce...ale najważniejsze, że nie uderzyłam brzuchem.
Poza tym, że bolą mnie nogi, to czuję się nieźle.
Żal tylko, że nie włożę spódnicy przez najbliższe tygodnie - a właściwie spodni nie noszę...
Hm...z drugiej strony to zawsze pretekst, żeby pojechać z mężem na zakupy i bez marudzenia kupić nowe ciuchy - zwłaszcza, że w sobotę wybieramy się do teatru - a w dżinsach nie bardzo wypada.

Dobrze, że mój brat ma wolne, to przyszedł się pobawić ze Stasiem, ja mogę nieco odpocząć i nabrać sił.
Tomek w pracy do późna...a Stasio potrzebuje dużo ruchu.

Na polu robótkowym postępy ze sweterkiem
 Tyle mam aktualnie...

a tutaj schemacik ze zdjęciem wzoru...dla mnie to bardziej "pawie oczka" niż liście...





Nerwowa się robię...

Teraz to już nie wiem, jak parkować. Nie jestem świetnym kierowcą, bo jeszcze się uczę. Mam prawo jazdy raptem pół roku. Więc parkując wybieram takie miejsca, żeby po pierwsze nie zawadzać, po drugie stać równo, po trzecie mieć dość łatwy wyjazd... 
Tak też zrobiłam wczoraj, wjechałam na parking...były dwa miejsca...ale takie gdzie można było się spodziewać, że jak ktoś obok zaparkuje nieco bliżej to nie wyjadę albo będę się męczyć. Mój mąż wyjedzie, ale ja mogę mieć problem. Nie zaparkowałam w tych miejscach. Stanęłam dalej, na miejscu parkingowym, przysuwając się do krawężnika (niestety wysokiego), żeby obok jeszcze zostawić miejsce.
Jakież było moje zdumienie, kiedy chwilę później zobaczyłam obok mnie wolne miejsce, a ktoś stanął przede mną ( i to prawie na zakręcie), jak już wracałam do domu to okazało się że gdyby nie wysoki krawężnik może bym wyjechała...ale stoję za blisko krawężnika i nie mogę na niego wjechać, żeby wymanewrować. No więc zaczęłam trąbić...a że odzewu nie było to wyjęłam szminkę i tym razem wyżyłam się na tylnej szybie....
Oczywiście zjawił się tłum gapiów. Za chwilę wyszła blondynka, która parkując w ten sposób chciała być jak najbliżej dużego pokoju (tak mi się wydaje, skoro miała inne miejsca). I wrzeszczy na mnie, kto mi dał prawo jazdy. Ktoś to rozumie? Zastawia człowieka i pyta się, kto mu dał prawo jazdy! No cóż, niestety nie mam kursu pilotażu śmigłowca, ale seicento i tak do góry nie poleci...
Wyjechałam, a kobieta musiała sobie umyć szybę. Szczerze wątpię, że na drugi raz się zastanowi, czy kogoś nie zastawia... chyba, że później jej mąż, który był świadkiem sytuacji, ale się nie odzywał, wytłumaczy jej, że stałam prawidłowo...ale dzięki niej nie miałam możliwości manewru...
No i teraz powiedzcie mi, jak tu człowiek ma się nie denerwować?

OBSERWUJĄ